Alchemik. Tom 1: Miasto Umarłych. Machanienko znów mnie wciągnął
Czytając „Alchemika”, poczułem przyjemność, którą pamiętam z „Drogi Szamana. Etap 1: Początek”. Wasilij Machanienko stopniowo odsłania zasady świata, a ja z każdą kolejną chciałem wiedzieć, co spotka Tajlina. Ten sposób opowiadania sprawił, że pierwszy tom zwyczajnie mnie wciągnął.
„Alchemik. Tom 1: Miasto Umarłych” ukazał się po polsku nakładem wydawnictwa Insignis w przekładzie Moniki Jędras. Książka liczy 352 strony.
Gra, która trwa od pokoleń
W świecie Tajlina Właszyca poziomy, statystyki i umiejętności są częścią codzienności. Ludzie żyją według reguł gry od tysięcy lat. Dla chłopca nie są więc osobliwością do odkrycia, tylko zasadami, z którymi musi sobie radzić. To ciekawy punkt wyjścia dla LitRPG, czyli fantastyki czerpiącej z mechanik gier fabularnych.
Podobało mi się, jak Machanienko wprowadza w ten świat. Kolejne informacje pojawiają się systematycznie, przy okazji poznawania sytuacji Tajlina. Jego skromne statystyki i brak klasy mówią o nim więcej niż długa lista zasad: pokazują, jak niewiele ma możliwości na starcie. To inny punkt wyjścia niż w „Świecie Przeistoczonych. Bez prawa do błędu”, gdzie gra wdziera się w znaną codzienność. U Tajlina od dawna jest codziennością.
Sierota, którego chce się śledzić
Biedny sierota ruszający w niebezpieczny świat? Znamy ten początek. Sam opis Tajlina nie zapowiada bohatera, który zaskoczy czytelnika, a jednak Machanienko poprowadził jego historię tak, że ani przez chwilę nie nudziło mnie śledzenie jego losów.
Pomaga w tym fakt, że Tajlin nie jest jedynie zestawem parametrów do rozwinięcia. Kiedy się boi, ten strach naprawdę ma znaczenie dla sceny. Dzięki temu łatwiej było mi przejąć się chłopcem niż samym pytaniem, jaki poziom osiągnie za kilka rozdziałów.
Uwaga: poniżej zdradzam szczegół sceny z początku książki.
Najmocniej poczułem to podczas ucieczki Tajlina przed zabójcą. Machanienko opisuje jego zachowanie i narastającą panikę tak, że niemal sam odczuwałem ten pośpiech oraz strach. Chłopiec nie analizuje spokojnie dostępnych opcji jak gracz patrzący na ekran. Próbuje ocalić życie. Ta scena została ze mną najmocniej i dobrze pokazuje, dlaczego dałem się tej historii porwać.
Czy sięgnę po drugi tom?
Zakończenie mnie zaskoczyło i sprawiło, że chcę poznać dalsze losy Tajlina. Po pierwszym tomie nie mam też żadnego istotnego zastrzeżenia, które studziłoby tę ciekawość.
„Alchemik” przypomniał mi, za co lubię sposób pisania Machanienki z „Drogi Szamana”: za przygodę, która wciąga, oraz świat odkrywany krok po kroku. Jeśli lubicie LitRPG, dajcie szansę „Miastu Umarłych”. Nawet jeśli motyw biednego sieroty wydaje się wam ograny, Tajlin może was jeszcze zaskoczyć. A jeśli po lekturze będziecie mieli ochotę wrócić do starszej serii autora, na blogu czekają inne recenzje.
