Ziemiomorze: Czarnoksiężnik z Archipelagu

Ziemiomorze: Czarnoksiężnik z Archipelagu

Ziemiomorze TOM I: Czarnoksiężnik z Archipelagu
Autor: Ursula K. Le Guin

Ged, GED, GGGGEEEEDDD – to o nim krążą legendy, wielki czarodziej, pokonał smoki, przezwyciężył „cień” i władał ogromną magią. Potrafił czynić wielką magię, nazywać przedmioty, ale zapłacił za to wielką cenę. Tak w paru słowach można przedstawić głównego bohatera klasyki literatury fantastycznej, czyli Czarnoksiężnika z Archipelagu. Jest to pierwszy tom otwierający cykl powieści Ziemiomorze stworzone przez wybitną Ursulę K. Le Guin. Uważam, że to powieść od której powinien zacząć swoją przygodę z fantastyką każdy, kto chce zgłębić jej świat. – A dlaczego? Już pędzę z wyjaśnieniami!

Świat, w którym toczy się historia Geda to tytułowe Ziemiomorze -kontynent, na który składa się skupisko jakże różnorodnych wysp. Jedne z nich są zamieszkiwane, inne opustoszałe, a jeszcze inne na tyle małe, że nie zmieściłby się tam nawet człowiek. Na niektórych toczy się zatem zwyczajne życie, gdzie mieszkają prości rolnicy, ale zupełnie gdzieś niedaleko istnieją również wyspy dla bardziej fantastycznych stworzeń, jak np. inteligentnych smoków, które chętnie wykradają zwierzynę i sieją spustoszenie. W samym centrum kontynentu znajduje się Archipelag z bardzo gęsto rozmieszczonymi wyspami, miejsce zamieszkiwane przez masy. To właśnie tutaj kwitnie handel, a ludzie wiodą spokojne, „morskie” życie. Wśród wysp Archipelagu znajduje się Gont, miejsce z którego pochodzi nasz główny bohater – Ged, a ściślej mówiąc Krogulec (bo tak częściej go nazywano).

Krogulec w dzieciństwie zajmował się mało pasjonującym zajęciem jakim jest pasanie kóz. Cała przygoda rusza z kopyta kiedy jego Ciotka (wiejska czarownica) odkrywa w nim magiczne zdolności. Od tego czasu nasz bohater uczy się od niej bardzo podstawowych „czarów”. Celowo napisałem to w cudzysłowie, gdyż owej Ciotce bliżej było do szamanki niż prawdziwej czarodziejki. Jednak trzeba przyznać, że spełniła swoją misję nauczycielską i nauczyła młodego czarodzieja najważniejszego – aby czar mógł zadziałać trzeba wiedzieć co chcemy zaczarować i nazwać dany przedmiot, miejsce, wydarzenie czy zjawisko prawdziwym imieniem. Prawdziwym, czyli imieniem w pradawnym języku, nieznanym przez pospolitych mieszkańców. To właśnie pod opieką Ciotki chłopak uczy się przywoływać mgłę, która, jak się później okazuje, ratuje mieszkańców Gontu przed najazdem korsarzy, a to wydarzenie rozpoczyna „sławę” Czarodzieja z Archipelagu.

Jak się okazało było to przełomowe wydarzenie w życiu naszego bohatera, po którym trafia pod skrzydła Ogiona, szanowanego czarodzieja i szlifuje swój talent magiczny. Przede wszystkim poznaje najważniejszą regułę magii, czyli porządek świata, w którym wszystko ma swoją cenę. Żeby coś stworzyć – trzeba coś oddać, żeby kogoś ożywić – trzeba kogoś zabić, równowaga świata musi zostać utrzymana, w przeciwnym wypadku czarodzieja czeka gigantyczna kara.

No właśnie… nasz czarodziej jest nie tylko zdolny, ale też bardzo pewny siebie, cwany i… szpanerski, przez co ma swoich wrogów wśród starszych uczniów, którzy podrzucają mu świnię przy każdej możliwej okazji. Pewnego dnia dochodzi do wyjątkowego wydarzenia – pojedynku na czary. I chociaż mogłoby się wydawać, że jest to naiwne, głupie i bezsensowne, to każdy z nas wie, jakie moce w każdym z nas drzemią, by odegrać się na tym nielubianym kumplu, by udowodnić mu, że jestem silniejszy i mocniejszy, by zamienić te wszystkie drwiny, które usłyszeliśmy na swój temat w spektakl magicznych sztuczek.

Tak, powstała ekranizacja i NIE – NIE RADZĘ JEJ OGLĄDAĆ, BO JEST FATALNA, a sama autorka książki bardzo mocno skrytykowała „dokument” o nazwie Ziemiomorze.

Ten pokaz umiejętności kosztował naszego bohatera bardzo wiele
i wydarzyła się najstraszliwsza z możliwych rzeczy – uwolniony został CIEŃ. Od tego momentu wszystko się zmienia, a Ged z przemądrzałego i zarozumiałego bufona, przekształca się w pokornego, bojaźliwego, zamkniętego w sobie czarodzieja, który ucieka przed czarną zmorą. Resztę kart zostawiam Wam do odkrycia, dodam tylko, że naprawdę warto.

Książkę oceniam na bardzo mocne 10/10 – zaznaczę tylko, żeby każdy z potencjalnych zainteresowanych osób doskonale o tym wiedział, że mówimy o powieści napisanej w 1968 roku. Nie spodziewajcie się więc latających koni, ludzi na miotłach i różdżek jak w Harrym Potterze. Tutaj wszystko jest wysublimowane i chciałoby się rzec dość „normalne” jak na książkę fantasy – i to, jak dla mnie, jest tutaj najpiękniejsze!